|
BS"D Trudno jest pisać o miejscu, którym można tak wiele powiedzieć, a same odczucia są mocno mieszane. Machon Meir, Du Machon czy Majon Meir- to niezwykłe miejsce, niekoniecznie w tym dobrym znaczeniu. Jesziwa, jak większość w Ziemi Israela- jest przepełniona. Przepełniona ludźmi z różnych zakątków świata. Przepełniona ludzkim ciepłem, ale i wrogością i niezrozumieniem. Przepełniona ciągłą walką ze snem i głodem, ale też ożywczym i uspokajającym olewactwem. Kiedy jedni wstają na watikin- inni właśnie kładą się do snu. Kiedy jedni nie dojadają i z obawą idą na każdy kolejny posiłek- inni tam pędzą i pochłaniają wszystko, co znajduje się na stole, nie mogąc zrozumieć jak komuś może to jedzenie nie smakować. Niektórych całymi dniami nie widać na wykładach, a niektórzy są na wszystkich- nawet na takich, na których każdy normalny człowiek zasypia. Niezliczona jest tu liczba dziwadeł i wybryków natury z różnych stron świata, jakby Machon Meir miało być jedynym miejscem w Erec gdzie znajdą swoje schronienie, a rabini będą prowadzić dla nich wykłady uśmiechając się dobrotliwie, jakby nie dostrzegając zza przymkniętych oczu, że coś z tymi ludźmi jest nie tak. Poza takimi „wynalazkami” jest tu sporo zagubionych i samotnych ludzi, którzy nijak nie potrafią się tu odnaleźć. Jest też grupka Izraelczyków, którzy z tego co widać czujć się tu bardzo dobrze i swobodnie, ale z tego też wnioskuję, że oni są akurat największymi świrami. A ja patrzę na to wszystko (a to tylko mała częśś wszystkiego) i z podziwu wyjść nie mogę nad ludzkimi postawami i szaleństwem. Dlatego tak bardzo długo nie mogłem zebrać się, by napisać o tym wszystkim, bo trudno to zjawisko zdefiniowac i zwięźle nazwać. Są tu rabini, na których wykładach siedzi się w zachwycie nad ich charakterem i elokwencją, a każde słowo i gest jest wchłaniane wszystkimi zmysłami. Są też rabini, na wykładach których się śpi, lub nie chcąc urazić rabina, się nie chodzi. Są też takie wykłady, na które chodzę tylko po to, by posłuchać jakie to kolejne rewelacje ze świata syjonistów usłyszę. Rzeczywiście, całą swoją teorię przykrywają płaszczem naszej Świętej Tory, jakby nie chcąc dostrzec tego, co jest głębiej i tuż obok, a o czym też mówi Księga. Więc chodzę na takie wykłady pośmiać się w duchu i podyskutować. Nie rozumiałem jak to jest możliwe, by w Erec marznąć. Tak marznąć, że całe doby człowiek chodzi przemarzniety i zgęziały. Rav Symcha i Matan przekonywali mnie przed wyjazdem, że można, no i… rzeczywiście można. Słowa „jesziwa nie ma pieniędzy” są tutaj powtarzane jak mantra, a przywołuje się je zawsze, gdy ktokolwiek upomni się o ciepło w pokojach czy większe i bardziej zjadliwe posiłki. Na dodatek jedynym miejscem w jesziwie, gdzie można złapać zasięg Internetu jest nasz balkon (proszę się nie podniecać- balkon z widokiem na kolejny budynek jesziwy- odległośc 10m). Oczywiście w pokoju już nie działa. Więc się siedzi na tymże balkonie i się marznie. W nocy też się marznie- noce są bardzo zimne, a kołdry cieniutkie, oj cieniutkie. Wiecie jak ciężko jest wstac z zimnego w zimne? Ale wychodzi się z tego łóżka, wychodzi z pokoju i pociera zmrużone oczy zaskoczone oślepiającym o tej porze dnia światłem jarzeniówek na korytarzu. Po kilku krokach dociera się do toalet, gdzie można zrobić netilat. Spotyka się wtedy też kilku potarganych i równie zaspanych kolegów, ktoś właśnie wychodzi z WC, a ja próbuję wytrzec ręce w ręcznik przy zlewie, który i tak zawsze jest przemoczony. Biorę z pokoju swój prywatny i osobisty kubek i idę na dół zrobić gorącej kawy. Wracam do pokoju, zakładam drugą warstwę ubrań i wychodzę na balkon by w towarzystwie gorącej jeszcze kawy wypalić pierwszego w tym dniu papierosa. Potem już tylko prysznic i o 7:00 jest szachrit i tak zaczyna się mój dzień w Machon. foto Szymon Od niedawna nowym lokatorem w moim pokoju jest Dawid- chłopak z Krakowa. Jest on wielkim fanem filmu „Symetria” (o losach studenta, który niesłusznie skazany trafia do więzienia do celi dla „grypsujących”) i jak zgodnie doszliśmy do porozumienia- nasz pokój wygląda niemal tak samo jak cela z filmu. No, z tą różnicą, że my nie mamy grzałki do wody: ) Cieszą tutaj małe rzeczy, człowiek szybko uczy się cieszyć z małych rzeczy. Cieszy, gdy ma się 15 minut by pomiędzy wykładami by wypalić papierosa i przygotować gorącą herbatę przed kolejnym wykładem. Cieszy, gdy ma się (wcześniej zakupione za 10 szekli) w szafce żetony na pranie i suszenie- to taki rodzaj uspokajającego zabezpieczenia. Jest radocha, gdy można sobie z kraju przywieźć trochę proszku do prania, tańszych fajek, normalnego chleba, czy 0.7 Żołądkowej. Wielkie święto jest, gdy ktoś pożyczy na godzinkę lub trzy grzejnik do pokoju. Cieszy, gdy za ścianą jest cisza o godzinie 23 lub 24, a zwykle skrzeczący o tej godzinie Hiszpanie (czy skądkolwiek oni są) nie skrzeczą. Cieszy się człowiek, gdy w środku nocy nikt nie wydziera się na korytarzu. Radosne są chwile, gdy w toaletach na naszym piętrze jest mydło w płynie, a ręczniki przed chwilą zmienione nadal są gdzieniegdzie suche. Frajdą są chwile, gdy pomija się jakiś wykład, by zagrać z kolegą partyjkę w szachy lub zatopić się w necie trochę dłużej niż 10 minut. Gdy można przewietrzyc buty na balkonie, gdy z suszarki wyjmuje się ciepły i czysty prywatny ręcznik, lub gdy na wykładzie trafi się miękkie krzesło. Tak, chwil radosnych można znaleźć tutaj sporo, tylko trzeba się dużo rozglądać… Tak tutaj jest. Idąc za filmami, to Machon Meir jest wielką mieszanką „Lotu nad kukułczym gniazdem”, „Symetrii”, „Stowarzyszenia umarłych poetów” oraz „Nie ma róży bez ognia”. W zasadzie w tej właśnie kolejności. Teraz kończę, bo kończy się wykład… J-23 znowu nadaje: ) Bez odbioru.
שמעון
|